niedziela

Sacrum od Profanum

Tylko jeszcze tu widać radykalne oddzielenie sfer, dwa światy, inny czas i inną przestrzeń. Sacrum i profanum...
Gotyckie świątynie pozwalają poczuć to oddzielenie. Zatopione w centrum miasta, oddzielają się od niego murem. Wchodzisz i przekraczasz granice zmysłów. Tu inna jest przestrzeń, inny dźwięk, inny zapach; ludzie zachowują się inaczej, a czas nie ma znaczenia. Ze zgiełkliwej, pospiesznej ulicy, przystajesz. Tam widzisz Świat. Tu patrzysz na siebie.
Inaczej niż we współczesnych świątyniach, tu wszystko jest inne - wielkość tej zamkniętej przestrzeni, materiał z której ją zbudowano, dekoracja. Nowoczesne świątynie podążają jednak za plastikowym, tymczasowym światem. Są bardziej cywilizowane, bliższe codzienności. Tu w gotyku stajesz wobec inności.
Kiedyś to oddzielenie było bardziej jeszcze radykalne. Wielkość przestrzeni świątyni była czymś wyjątkowym. Wyobrażam sobie maluczkiego, który ze swojego maleńkiego pokoiku wkraczał w ogrom. Dziś sama przestrzeń nie budzi już takich emocji - wiele jest ogromnych przestrzeni świeckich. Ale oddzielenie jest może bardziej jeszcze radykalne przez to, że świat stał się szybszy i znacznie bardziej hałaśliwy. Sacrum staje nie ponad profanum, jak niegdyś, ale w opozycji do niego.

poniedziałek

Kundera

[...] Żyć nie jest szczęściem. Żyć: nieść przez świat swoje bolesne ja. Ale być, być jest szczęściem. Być: przemienić się w nieckę, w kamienne naczynie, w które wszechświat spływa jak ciepły deszcz.
Nieśmiertelność, Kundera.

piątek

Chwile pozostałe

Jeszcze tylko ulotne chwile codzienności dostarczają mi przypadkowych i przelotnych (jakżeby inaczej) wzruszeń. Smak pierwszej truskawki na wiosnę, wieczorna, letnia herbata z miętą, porywisty wiatr na rzeką zrywający płaszcz z karku, ładna dziewczyna na ulicy, itd. Tylko w takie niedoścignione momenty jeszcze wierzę. A cała reszta - kultura i nauka - to znaczy piękne, elektroniczne gadżety, mądre książki, suity wiolonczelowe, filmy z fabułą i oparte na życiu i cała reszta - wszystko to znaczy już niewiele, tyle co nic.

Czy to kwestia wieku, może doświadczenia i zniechęcenia? Nie wiem. Może (pod)świadomość, że tych chwil coraz mniej, albo że tylko one, doznania zmysłowe są prawdziwe (metafizyczne zmysły) i dane bez zastrzeżeń wieku, wykształcenia, wrażliwości dla każdego - to raczej jednak bez znaczenia.

Inny ja

Autobus dziś mym chlebem powszednim, poniedziałek. Jadę tłoczno, z tyłu. Wracam późno. Praca przez cały dzień, teraz wracam. W środku wilgotno i lepko. Tłok. Na zewnątrz rześki mrozek. Zostaje patrzeć przez okno, na tę rześkość.
Mija nas lewym pasek Megane kombi. Szare, jak moje. Patrzę. Moje. Jakieś takie. Ale jak moje? Przecież ja tu. Patrzę. Szare, brudne. Moje też przecież brudne. Numery zamazane, nie da się przeczytać. Moje?
Zaraz skrzyżowanie i stajemy obok. Ja tu, w autobusie. Obok ja? W kombi? Niewyraźny zarys sylwetki. Profil. Znajomy. O ile własny profil może być znajomy. Ciemny płaszcz, lekki zarost, pozycja za kierownicą. Ja. Jak  nic. Pochylam się do szyby, przecieram ręką z lekkim obrzydzeniem, bo autobusy jak dawniej, chociaż nowe. Niedomyte. Dociskam twarz do szyby. Kombi tuż, tuż. Jakby ja. Jakby na pewno. Ale niemożliwe. Ja tu. Ja nie tam. Logika to mówi. Zmysły mówią co innego. No przecież widzę. Ja tam.
Może kto ma lusterko. Spytam. Zobaczę czy na pewno ja tu...

poniedziałek

Grzmi, burzy, dźwięki deszczu

W parapet. Najpierw słabo, potem mocno. Puka w blachę, puk, puk. Otwieram, żeby wpuścić. Świeży podmuch targa firanką. Owiewa łagodnie i trzeźwo. Pójdę się napić. Nalewam sobie wody. Za oknem deszcz na całego. Od stóp do głów przebiega dreszcz. Deszcz jeszcze bardziej. Od grzmotu jeszcze większy dreszcz. Składam rękę, puk, puk. Pukam w parapet z deszczem. Słabo, potem słabiej.

Burza odchodzi.

środa

Papież umiera

Dusza Świata się poruszyła. Na chwilę. Ledwo co. Ale od dawna zastygła w bezruchu, teraz jednak się poruszyła. Ludzie poczuli się we wspólnocie i zobaczyli, ze to wszystko czego im trzeba. Reszta jest nieważna. Tylko to. Nie wygoda i łatwe życie, ale każdy wysiłek jeśli prowadzi do poruszenia wspólnej duszy.

Targają mną emocje. Teraz juz mniejsze niż w niedzielę, poniedziałek, choć właściwie kulminacja dopiero przed nami. Przeżyłem uniesienie. Niestety nie jako uczestnik, bo byłem daleko, ale jako widz. A to mało. Trzeba być uczestnikiem. Nawet jeśli się nie ma przekonania. Nawet jeśli nie bardzo wiadomo, po co to wszystko. Uczestnictwo i wysiłek jaki się w nie wkłada, zawsze przynosi owoce, satysfakcję. Teraz jestem mniej rozemocjonowany. Teraz juz myślę. Ale myśl mnie zabija. Zaczynam widzieć przyszłość i wiem, ze te uniesienia zaraz się skończą, ludzie pojada do domu i będzie tak samo. Nie powinienem tak myśleć, bo to bez znaczenia. Powinienem czerpać z tej chwili, tak rzadkiej, z tej wspólnoty, tak tymczasowej i nie zastanawiać się nad tym co będzie, ale uczestniczyć w tym co jest. To przyszły najsilniejsze i najbardziej szlachetne emocje w ludzkim życiu, poczucie wspólnoty, współczucia, empatii. Tak ich mało.

Jestem zdziwiony reakcja Świata. Zaskoczony tym jak to teraz wygląda codzienność. Telewizja bez reklam, mocny pozytywny przekaz, ludzie blisko siebie. Choć właściwie nie powinienem się dziwić. To takie ludzkie. Takie proste. Jechałem w poniedziałek samochodem, wracałem z Radomia, słuchałem radia. Wzruszałem się okropnie tymi wszystkimi historiami. I wzrastał we mnie szacunek dla Tego starego człowieka, który daje świadectwo. Wielki szacunek. Nie bardzo byłem przekonany do tego cierpienia na pokaz, gdy nie mógł się poruszać, gdy nie mógł mówić, nie byłem, nie do końca, a teraz widzę, że układa się to we wspaniałą całość. Zobaczyłem to, gdy już umarł, po wszystkich tych medycznych, naturalistycznych doniesieniach, że niewydolność, że zawal, że kłopoty z oddychaniem, że śmierć. Myślałem, że to już koniec, że ta piękna lekcja życia i umierania jest skończona. Aż nagle zobaczyłem go leżącego na katafalku w sali. Przeraziłem się jaki jest zmieniony i przekonałem, że to nie koniec, że katecheza trwa, że on ciągle pokazuje najprostsze i najważniejsze prawdy. Przerażające i wspaniale. Wzbudzające we mnie najwyższy respekt. Być może to tylko na chwile codzienność się zmieniła, zaraz wszystko będzie jak dawniej. Ale wiem, ze takie emocje nie zostają bez śladu. Coś zostanie. Cokolwiek się zmieni. Jakaś rysa powstała. A dusza zawsze pamięta.

A jednak jestem teraz zdystansowany. Za dużo tych emocji. Za łatwe one. Z sympatii i szacunku do człowieka, a nie do idei. Mam mieszane uczucia. Nie wiem czy słuszna ta nieufność. No cóż. Przeczekam. Poszukam po swojemu. Wkrótce jedziemy do benedyktynów tynieckich, na trzy dni medytacji chrześcijańskich. Może tam cos zostanie znalezione. Szukam stale.

A jednak było intensywnie i emocjonalnie. Wzruszająco. A jednak powstaje zaczątek wspólnoty. I choć ta wspólnota nigdy nie może powstać do końca, to pozostaje wspomnienie tego początku, przeczucie, że coś tam jest, to co łączy ludzi i daje im siły ponad ludzkie siły. Jak już się wydarzy, jak się to poczuje to dla tego wspomnienia warto próbować ciągle od nowa. Owo wspomnienie daje nadzieję, że można dojść tam, gdzie życie jest piękne i proste, szczęśliwe i pogodne. Na tym polega być może wszelka religijność, odczucie Boga, bycie we wspólnocie. "Bo gdzie dwóch zbierze się w imię moje i ja będę pośród nich".

Ostatnie dni daja nadzieję wielu. Stąd tłumnie się zbierają w jednym wysiłku i skupieniu. Trudno to wysłowić, więc padają jakieś komunały o tym jaki papież był wielki, wspaniały, ile dla nas zrobił i robi. Ale ludzie zbierają się nie dla niego, ale dla siebie. Sobie chcemy pomóc, sobie zapewnić spokój, bo to my cierpimy. A wspólnota daje nam siły ponadludzkie, ponadindywidualne. To egoistyczne zapewne, ale ostatecznie wszystko to robimy dla siebie, nawet jeśli na pozór wydaje się, że dla innych. Modlitwa za papieża jest modlitwą za siebie, bo nam daje spokój i ukojenie, bo o nasza dusze chodzi w końcu, bo siebie chcemy zbawić, o swoje szczęście i spokój zabiegać.

Szukam klucza do tego wszystkiego, ale zaczynam podejrzewać, że żadnego nie ma. I nie ma ukojenia tego bólu, o którym wiesz, który jest z tobą. Jest tylko wieczne staranie i dążenie. I wieczna niepewność, czy aby dostatecznie dużo się zrobiło, czy nie można więcej z siebie dać, żeby dalej zajść. Słowem jak w życiu. Jak w każdym elemencie życia ludzkiego. Czemu zresztą z bogiem miałoby by być inaczej. Może tylko motywacja bywa tu większa, bo i stawka jest ostateczna.

czwartek

Dziury w asfalcie

- I powiedz mi jedną rzecz.
- Hmm.
- Jak to jest możliwe, że są dziury w jezdni, a nie ma ani kawałka asfaltu.
- Co?
- No tak. Jadę dzisiaj samochodem - ten znajomy mnie podwoził. Widzę, dziura na drodze. Mówię mu, żeby uważał. No i w porządku. Kawał asfaltu wywalony z ulicy, taki dobre z pół na pół metra. Spod spodu wystaje stara kostka. Odlepiło się gówno, czy co. Słabe lepiszcze - nie wiem. Ale gdzie jest ten kawał asfaltu, gdzie się podział.
- No i gdzie?
- No właśnie nie wiadomo. Dziwne, nie. Skoro się oberwało, no ok. Skandal, itd., ale ok. Stało się. Spieprzona robota. Ale gdzie on jest?
- No gdzie?
- No właśnie nie ma. Nic. Nie ma całego fragmentu. Nie ma nawet mniejszych kawałków. Nic literalnie. Nic, a nic. Na drodze, koło drogi. Dziwne, nie. No przecież nie wyparował ten beton, ten asfalt. Nie rozpłynął się. Raczej nikt nie pozbierał, do domu nie zabrał, nie. No to co się z nim stało? Co?
- ...
- I nikt nie wie, rozumiesz. Kogo pytam, to nikt nie wie. Nikogo to nawet nie dziwi.
- A Ciebie dziwi.
- A mnie dziwi. Ale też nie wiem gdzie.

Odchodzę. Idę szukać tych dziur i tego dziwnego braku na ulicach miasta, którego nikt nie potrafi objaśnić. Takie to dziwne miasto. Ja przynajmniej próbuję opisać.