Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

czwartek

Dziury w asfalcie

- I powiedz mi jedną rzecz.
- Hmm.
- Jak to jest możliwe, że są dziury w jezdni, a nie ma ani kawałka asfaltu.
- Co?
- No tak. Jadę dzisiaj samochodem - ten znajomy mnie podwoził. Widzę, dziura na drodze. Mówię mu, żeby uważał. No i w porządku. Kawał asfaltu wywalony z ulicy, taki dobre z pół na pół metra. Spod spodu wystaje stara kostka. Odlepiło się gówno, czy co. Słabe lepiszcze - nie wiem. Ale gdzie jest ten kawał asfaltu, gdzie się podział.
- No i gdzie?
- No właśnie nie wiadomo. Dziwne, nie. Skoro się oberwało, no ok. Skandal, itd., ale ok. Stało się. Spieprzona robota. Ale gdzie on jest?
- No gdzie?
- No właśnie nie ma. Nic. Nie ma całego fragmentu. Nie ma nawet mniejszych kawałków. Nic literalnie. Nic, a nic. Na drodze, koło drogi. Dziwne, nie. No przecież nie wyparował ten beton, ten asfalt. Nie rozpłynął się. Raczej nikt nie pozbierał, do domu nie zabrał, nie. No to co się z nim stało? Co?
- ...
- I nikt nie wie, rozumiesz. Kogo pytam, to nikt nie wie. Nikogo to nawet nie dziwi.
- A Ciebie dziwi.
- A mnie dziwi. Ale też nie wiem gdzie.

Odchodzę. Idę szukać tych dziur i tego dziwnego braku na ulicach miasta, którego nikt nie potrafi objaśnić. Takie to dziwne miasto. Ja przynajmniej próbuję opisać.

poniedziałek

Tajemnica Parku Południowego

Deszcz padał i padał. Uparcie i niezmiennie od dwóch dni. 
Tam, koło pomnika Szopena schodziło się po kilku stopniach i przyjemnej drewnianej platformie z desek, która mogła służyć za okazjonalną scenę do występów orkiestry dętej jakimś letnim, ciepłym przedpołudniem, na żwirowy placyk z ławkami, wysokimi klonami i parkowymi lampami. Dalej był już tylko staw i fontanny na środku. 
Pusto. 
Deszczowy dzień w kwietniu odstrasza ludzi od spacerowania. Cóż... Tylko jakiś starszy pan z laską. Nagle przejeżdża rowerzysta w czerwonej nieprzemakalnej kurtce. Chrzęszcząc kołami po żwirowej alejce znika. I nic więcej. 
Było zimno. 
Drobny deszcz nasila się. Kręgi na wodzie pojawiają się gęsto. 
Poszedłem w prawo ścieżką. Postanowiłem okrążyć staw z tej strony. 
Na wyspie na środku stawu roiło się od ptaków. Coraz nowa kaczka nadlatywała z parku i lądowała na wodzie z posuwistym chlupotem, a zaraz potem wydostawała się niezdarnie na brzeg po śliskiej trawie i właziła w krzaki pod koronę płaczącej wierzby, która zasłaniała swoją koroną pół wyspy. 
Nagle na wyspie jakiś tumult, ptaki się poderwały i rozpierzchły. Tylko wielka, ciężka czapla poderwała się niezgrabnie i poleciała na szczyt drzewa. Usiadła ciężko, na cienkiej gałęzi. Gałąź się ugięła niebezpiecznie. 
Pod drzewem przesunął się jakiś cień. 
Spojrzałem uważnie. 
Niemożliwe, żeby człowiek się tam dostał. 
- Przecież nie wpław - pomyślałem. -Nie ma żadnej łódki. 
Ale cień jakby był. Nie poruszył się. 
Deszcz coraz większy. 
Mocniej postawiłem kołnierz. Chciałem trochę zmoknąć. To przyjemne. Poza tym pusty park to niezwykła sytuacja. Szukam w życiu niezwykłości. W codziennych sytuacjach. 
- Chyba nie. Zdawało się, co? 
Ruszyłem dalej. Z tamtej strony jest bliżej do wyspy. Zobaczę więcej. Zagadka się rozjaśni. 
Za mną nadążą czerstwy staruszek z laską. W ciemnozielonym prochowcu, z parasolem. W tym wieku już się nie ma ochoty moknąć. Rozumiem to. Trochę nerwowym krokiem idzie za mną. Przyspieszam po swojemu. 
Lubię ten mój-nie mój park. Porządkują go, a ja coraz bardziej go lubię. Jest ładniej, a klimat pozostał. Może nawet jest lepiej. 
Kwiecień, mokre ławki, świeża trawa i liście na drzewach wyrastają dopiero. Nawet to zimno jakieś inne, nie nieprzyjemne. Wiosna.