czwartek

Dziury w asfalcie

- I powiedz mi jedną rzecz.
- Hmm.
- Jak to jest możliwe, że są dziury w jezdni, a nie ma ani kawałka asfaltu.
- Co?
- No tak. Jadę dzisiaj samochodem - ten znajomy mnie podwoził. Widzę, dziura na drodze. Mówię mu, żeby uważał. No i w porządku. Kawał asfaltu wywalony z ulicy, taki dobre z pół na pół metra. Spod spodu wystaje stara kostka. Odlepiło się gówno, czy co. Słabe lepiszcze - nie wiem. Ale gdzie jest ten kawał asfaltu, gdzie się podział.
- No i gdzie?
- No właśnie nie wiadomo. Dziwne, nie. Skoro się oberwało, no ok. Skandal, itd., ale ok. Stało się. Spieprzona robota. Ale gdzie on jest?
- No gdzie?
- No właśnie nie ma. Nic. Nie ma całego fragmentu. Nie ma nawet mniejszych kawałków. Nic literalnie. Nic, a nic. Na drodze, koło drogi. Dziwne, nie. No przecież nie wyparował ten beton, ten asfalt. Nie rozpłynął się. Raczej nikt nie pozbierał, do domu nie zabrał, nie. No to co się z nim stało? Co?
- ...
- I nikt nie wie, rozumiesz. Kogo pytam, to nikt nie wie. Nikogo to nawet nie dziwi.
- A Ciebie dziwi.
- A mnie dziwi. Ale też nie wiem gdzie.

Odchodzę. Idę szukać tych dziur i tego dziwnego braku na ulicach miasta, którego nikt nie potrafi objaśnić. Takie to dziwne miasto. Ja przynajmniej próbuję opisać.

niedziela

Co 15 lat umieram...

I znowu żyję innym życiem. Kolejny raz. Który to już? Piąty?

--------------------------------------------------------
Piąty
Jest dom. Może niewymarzony. Ale jest. Wygodny i ciepły. Jakiś ostatnio bliższy. Jest Ania. Też ciepła, choć czasem cierpka. Jest Pan Bojek - Jan, czyli mnóstwo radości, czułego dotyku, rozanielenia. Jesteśmy tylko we trójkę i znowu czegoś brak - towarzystwa przyjaciół, rozmowy, sporu. Ale brak jest nieodłączną cechą mojego życia, każdego z moich żyć. Na imię mu Nienasycenie. Jednak i to życie, jak każde poprzednie,  a może nawet bardziej, będę wspominał z rozrzewnieniem, jestem tego pewien. Teraz tego nie wiem jeszcze dostatecznie jasno, wiem to nie dość wyraźnie. Kiedyś, niedługo, będzie inaczej. Niedługo będę tego pewien...

A kończy się zawsze niezauważalnie i niewyraźnie. Poprzednie życie znika i w końcu widać, że to co minęło już nie ma żadnego związku przyczynowego z teraźniejszością, a ty stałeś się kim innym i wszystko co cię z tamtym sobą/tobą  łączy, to wspomnienia, coraz mniej i mniej wyraźne. Teraz już nie wiem kiedy to piąte życie się zaczęło, nie potrafię wskazać żadnego wyraźnego punktu początku, tak jak nie potrafiłem w żadnym poprzednim. W życiu zresztą wszystko jest niewyraźne. Ktoś tam dziś mówił w telewizji, że człowiek przeżywa dwa życia - to młodzieńcze i to dorosłe i czymś tam się od siebie różnią. To nieprawda, bo ja przeżywam już co najmniej piąte życie i nie ma to żadnego związku z wiekiem, raczej z czasem i sekwencją zdarzeń.

--------------------------------------------------------
Dzisiaj Rafał* to już przeszłość...
Sam się dziwię, że to w końcu napisałem. Ale to prawda i po co się jeszcze oszukiwać w sferze werbalnej, skoro uczucia już od jakiegoś czasu wiedzą swoje. To już ma dla mnie znaczenie wyłącznie sentymentalne, bo wydarzyło się w innym życiu. W tamtym życiu byłem piękny i młody, byłem na studiach, byłem rozszarpywany emocjami, a czasem nadziejami. Wiele się działo i jeszcze więcej się nie zdarzyło, czego potem, po czasie oczywiście, żałowałem. Wtedy miałem przyjaciół i mimo wszystko, mimo, że wówczas sądziłem, iż jesteśmy zbyt nijacy i letni, że to wszystko za krótko, za słabo, za mało intensywnie, jednak, mimo to było we mnie mnóstwo zapału, żarliwości, przesadnych emocji. Żyło się. Tamten świat przeminął. Umarłem. Przekonały mnie o tym ostatecznie "9 uroczystości Rafałowe". Na mszy zamówionej u dominikanów byłem sam i było mi trochę smutno, choć to rozumiem i właściwie wiedziałem o tym wcześniej, niż ktokolwiek zechciał przyznać, że tak właśnie będzie. Czas płynie i rozmywa przeszłość. Nie mam do nikogo o to żalu. Każdy najwyraźniej, tak jak ja, żyje już innym życiem, a tamta historia to opowieść z zaświatów. Mój smutek tego wieczora wypływał raczej z nieuchronności życiowych kolei, niż z pretensji. Powiedziałem sobie głośno, że i ja umarłem. Wszyscyśmy pomarli. I żyjemy już inni.

-------------------------------------------------------
Początek - Glinice, Radom

Taksówka toczy się powoli Tadeuszowską, Kościelną, Odrodzenia. Sine, późnozimowe ulice i przedpołudnie. Trochę śniegu. Przecieram dłonią zaparowaną szybę, żeby dostrzec więcej. Znam te miejsca i nie znam zarazem. Zmieniło się. Trochę nowych domów, jakieś dobudówki poprzyklejane do starych - typowa zabudowa ubogich podmiejskich ulic wszędzie w Polsce na ścianie wschodniej i tu w Radomiu też. Ale to nie przez to, że się pozmieniało, nie poznaję tych miejsc. To nie przez to. Wiem, że tu byłem. Nie pamiętam kiedy. Już bardziej co, wtedy tu robiłem, ale też niewyraźnie. Wszystko jest trochę obce, a trochę też znane. Odpychające i pociągające. Jakby ze snu. Przypominają się jakieś detale i nie wiem czy się na pewno przypominają, czy się śniły. Mógłbym powiedzieć, że tu żyłem i mógłbym powiedzieć, że nigdy mnie tu nie było. I to, i to dziś będzie prawdą.

Teraz przejeżdżam koło mojej szkoły. Długi, szary budynek jakich wiele z lat 70-tych. Podobny? Taki sam. Ale jak na niego patrzę, to już nie potrafię sobie przypomnieć co jest za frontowymi drzwiami, co bym tam zobaczył, gdybym teraz wszedł, gdzie musiałbym pójść, żeby trafić na wu-ef albo do stołówki. Nie znam rozkładu tego budynku, skąd zatem myśl, że kiedyś tam byłem.

Tak odległe wspomnienia trudno nawet przywołać, a co do dopiero o nich pisać, czyli rozdrabniać na kawałki, oglądać z bliska każdy szczegół i sytuację. Co z tego jest prawdą, a co zmyśleniem - tworem mojej zbyt wątłej wyobraźni? Tylko w owej wątłości nadzieja - w owym braku umiejętności zmyślania, a więc i w tym, że owe obrazy i sytuacje (w najdalszych wspomnieniach w ogóle brak słów i dźwięków - ta przeszłość jest niema) mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, że się w ogóle zdarzyły. Gdyby moja wyobraźnia była mocna i wyrafinowana, gdybym potrafił cudownie zmyślać, nie wierzyłbym w cokolwiek, co wydaje mi się, że pamiętam z moich najdalszych wspomnień. Wtedy na pewno byłaby to bujda. Choć i tak, nawet w mojej ułomności, zmyśleniu/niezmyśleniu, zapamiętanego jest tak niewiele i jest to tak pokawałkowane... Nie wierzę rozmaitym wspomnieniom, rozmaitych ludzi, którzy zapełniają autobiografie całymi tomami detalicznych wspomnień swojego dzieciństwa - co było powiedziane w takiej, a takiej sytuacji, jak ubierała się kuzynka tego, a tamtego, no i jaka wtedy była pogoda. To niemożliwe. Pamięć ludzka tak nie działa. Czas tak nie działa. Człowiek nie pamięta i wtedy człowiek zmyśla. W dobrej wierze oczywiście.

To inne życia. Odległe.

Ale odkładam to teraz. Jeszcze nie czas wspominać życia. Jeszcze nie pora zmagać się ze szczegółami. Może nigdy nie będzie na to czasu. Może i lepiej.

--------------------------------------------------------
* - Skąd ty tu?
Aż mnie cofnęło o krok. Przecież on nie żyje. Skąd więc...
Siedzi pod drugą ścianą korytarza oparty nogami o pierwszą. Gapi się przed siebie.
- A nic. Pogadać. Trochę mi się nudzi. Przecież umieliśmy gadać. A przynajmniej chcieliśmy się uczyć.
- No tak, ale skąd...
- Cholera, nie chcesz wszystkiego wiedzieć. Mówię ci. Na pewno nie. - milknie na chwilę, poirytowany. - I tego też nie chcesz. Pogadamy i już. No oczywiście, jeśli chcesz. - Obejmuje dłońmi głowę. - Co za nonsens - szepce.
A mnie mrówki chodzą po grzbiecie.
- Jest trochę inaczej. No, niż myślałem, że będzie. Pamiętam wszystko z tamtego życia. Z twojego teraz też. - mówi.

poniedziałek

Żyję obok miasta

Jak pisać o mieście żyjąc obok niego, przemykając się bocznymi uliczkami.

Już od dawna nie mieszkam w mieście, to znaczy nie żyję miejskim życiem. Owszem, znajdując dom, w którym mieszkam, na mapie, mogę powiedzieć, że jednak to miasto, bez wątpliwości, ale to nieprawda. Żeby faktycznie być z miasta, trzeba je przemierzać dzień w dzień, patrząc na architekturę i ludzi zaganianych, spieszących donikąd. Stać w upale w korku, oglądać książkę na wystawie księgarni i parę butów w obuwniczym. Trzeba dać się doprowadzać miastu do furii, w popołudniomy korku i do ekstazy w ciepła lipcową noc. Trzeba w nim zostawiać swoje codzienne emocje.

Dla mnie natomiast miasto emocję odświętne, to atrakcja, cyrk kuglarzy. Gdy niekiedy jadę trawajem, pożeram oczami mijany krajobraz, jakbym go pierwszy raz w życiu właśnie zobaczył. Z ciekawścią, a nie niechęcią obserwuję ludzi i sytuacje. Tak nie zachowuje się mieszczuch. Tak robi ktoś z zewnątrz, ktoś obcy.

Ja już nie jestem ani z miasta, ani spoza miasta. Ja już nie jestem skądkolwiek.

niedziela

Skoczyłbym

Przystanąłem na moście. Most był wysoki. Daleko w dole leniwa, stara rzeka. Płynęły właśnie jakieś patyki. A może belki. Przeszedł mnie dreszcz. Patrzyłem daleko na oba brzegi i kominy po drugiej stronie. Jakaś fabryka, czy elektrownia. Wiatr chlastał po twarzy i szarpał nogawki.
Zawsze, ale to zawsze, najbardziej zimą, gdy woda zimna, lodowata, nieprzyjemna, nachodziła mnie tu uporczywa myśl. Żeby skoczyć. Po prostu. Nie żeby się zaraz topić, bo po co, ale ta lodowata woda na ciele, ubranie lepkie i ciągnące w dół, na dno. Lodowata ciemność. Podejść, przeskoczyć i skoczyć.
- Zawsze tak mam.
Przyjaciel stał obok.
- No wiem. Skoczyłbyś.
Chwilę milczę, myśląc.
- Przynajmniej zegarek bym wrzucił. Albo coś.
Opieram się plecami o kamienną barierę. Twardo. Patrze teraz na samochody.
- Dziwny jesteś.
- Tak. A ty?

wtorek

Kontempacja świata w Big Sur

Sobotnie popołudnie grzeje majowym słońcem. Albo majowe słońce grzeje owym popołudniem. Albo jakoś inaczej.

Rozanieleni siedzimy na balkonie, ja i mój syn - on obok w wózeczku. Śpi jak anioł. Ja czytam. Za dwóch. Zwykle czytam parę książek na raz. Za pobieżnie, za rzadko, zbyt wolno. Raz tę, raz tamtą biorę w półki, jak się zachce. "Dom nad Oniego" wziąłem po długiej przerwie, choć przedtem podobał mi się bardzo. No ale brak czasu...

To upojenie Wilka własną stylistyką, jakby świat stwarzał od nowa, opisując. To delektowanie się własną mocą pisarską. No i trochę tak jest, bo faktycznie Wilk stwarza zagubiony świat wydobywając go z niebytu, nazywając ponownie tę północno-rosyjską rzeczywistość już dawno zapomnianą przez ludzi i historię. Stwarza chyba nawet dla samych Rosjan, którzy w pijanym widzie nie chcą, nie potrzebują niczego pamiętać, niczego zapisywać. A niezapisane zapada w niebyt, w nic. Wilk więc zapisuje i tym samym stwarza na powrót, przywraca kulturze.

Wziąłem "Oniego" z półki i zaczytałem się. Na balkonie, w słońcu, w powolnej chwili kontemplacji, doświadczam wspaniałego momentu zaskoczenia i przypomnienia.

Znowu stoję na rozdrożach literackich i oglądam się za siebie, patrzę przed. W prawo. Patrzę w lewo. Czytam: "Życie dla Millera to kontemplacja świata. Świat można kontemplować, pisząc albo nie pisząc, popijając whisky, bawiąc się z dziećmi lub planując z sąsiadką podróż do Timbuktu, malując akwarele, pływając w oceanie, pieląc ogród, czytając, jedząc, kochając się lub grając w szachy." Pisze Wilk.
Pisze też, że czytając Millera jakby siebie czytał, że jakby jego własny styl i temat, że dom w Big Sur, że odosobnienie, że brak pieniędzy i że pieniądze nieważne, bo zarabianie na życie nie ma nic wspólnego z życiem, że "siedź na tyłku i patrz, jak się świat kręci".

Jak dotąd to dla mnie jeden z najbardziej ekscytujących momentów z "Domem nad Oniego". To że znajduję tam myśl podobną do własnej, że owa myśl prowadzi do innej równie bliskiej, to ekscytujące. Znalezienie u Obcego/Wilka własnej literackiej "tropy" to moment, gdy ową moją kontemplację świata zastępuje poruszenie. Chodzę po labiryncie/bibliotece, podążam za poplątaną nicią "pisma". Szukam kontekstu i umieszczam w nim siebie i siebie przeczytanego przede wszystkim.

W lekturze "Domu nad Oniego" ścieżka się rozdzieliła, powiodła dalej, w inną stronę. W głąb labiryntu.

A ja już pędzę do Big Sur, by tam poszukać ciągu dalszego. I dalszego. I dalszego. Bez końca. Pędzę, żeby w Obcym znaleźć siebie? Żeby znaleźć mój Big Sur, moją "tropę".

poniedziałek

Wrocław mniej wrogi

Uczę się tego miasta powoli. To trudne miejsce. Ciekawe, ale trudno je polubić. Z każdym rokiem patrzę na nie jednak z większą atencją, z wyrozumiałością dla cierpień przeżytych i burz przetrzymanych. To miasto z historią, temu trudno zaprzeczyć. Ale też to nie usprawiedliwia owej wspomnianej trudności.

To miasto obce. Moje pierwsze wrażenie ze spaceru z dworca, przez Kołłątaja, koło rynku, aż na Szewską było wrażeniem obcości, spotęgowanej być może jesienią, deszczowym, chłodnym porankiem i ludzie schowani w płaszczach i jesionkach przemykali pod brudnymi murami ogromnych brunatnych kościołów stojących tuż przy ulicy. Tramwaj skrzypiał zawzięcie, trzęsło niemiłosiernie, a motorniczy sterował tym wszystkim za pomocą jakiejś niesłychanej korby z gładkiego mosiądzu, którą przesuwał to w ową to w przeciwną stronę i tramwaj jechał lub się zatrzymywał.

Miasto nadal obce, ale teraz, po 16 (!) latach już mniej. No i nadal się uczę, bo wydaje mi się, że warto znaleźć tu swoje miejsce.

piątek

Krajobraz na horyzoncie

Teraz kiedy usiadł naprzeciwko dużego okna i patrzył daleko, zrozumiał. Siedział na starym krześle, niezbyt wygodnie. Nogi opierał na stołku przed sobą. Patrzył daleko. Spojrzał jeszcze raz na swoje brązowe kapcie, podniszczone, miejscami odłaziła skórka. Schylił się i pociągnął za odstający fragment skórki. Oderwał. Pogładził kapeć, jakby chciał go naprawić. Nie naprawił, bo jak niby mógłby.

Usiadł na powrót prosto i patrzył na krajobraz i rozumiał wszystko.
- Właśnie. Właśnie. - mruczał pod nosem.

Widział horyzont, rysujący się niewyraźnie w lekkim półmroku końca dnia. Widział go niezbyt wyraźnie, ale nie to było najważniejsze. Nie wyrazistość. Nie pewność. Niebo oddzielało się od porysowanego konturami dalekich drzew i zabudowań zarysu ziemi wystarczająco wyraźnie. Dość, żeby wiedzieć, że potrzeba mu tego widoku, że bez niego żyć nie można i nie trzeba. To jedna z rzeczy niezbędnych i nie do zastąpienia. Widzieć horyzont, daleki pejzaż. Widzieć świat, a nie tylko siebie w lustrze, w twarzy bliskich w obłości czajnika gotującego wodę na herbatę. To mało. Trzeba widzieć dalej. Najdalej jak się da.

Teraz na tym krześle i stołku to wiedział. Rozumiał.
- Jak pięknie - czuł się szczęśliwy i spełniony.