Autobus dziś mym chlebem powszednim, poniedziałek. Jadę tłoczno, z tyłu. Wracam późno. Praca przez cały dzień, teraz wracam. W środku wilgotno i lepko. Tłok. Na zewnątrz rześki mrozek. Zostaje patrzeć przez okno, na tę rześkość.
Mija nas lewym pasek Megane kombi. Szare, jak moje. Patrzę. Moje. Jakieś takie. Ale jak moje? Przecież ja tu. Patrzę. Szare, brudne. Moje też przecież brudne. Numery zamazane, nie da się przeczytać. Moje?
Zaraz skrzyżowanie i stajemy obok. Ja tu, w autobusie. Obok ja? W kombi? Niewyraźny zarys sylwetki. Profil. Znajomy. O ile własny profil może być znajomy. Ciemny płaszcz, lekki zarost, pozycja za kierownicą. Ja. Jak nic. Pochylam się do szyby, przecieram ręką z lekkim obrzydzeniem, bo autobusy jak dawniej, chociaż nowe. Niedomyte. Dociskam twarz do szyby. Kombi tuż, tuż. Jakby ja. Jakby na pewno. Ale niemożliwe. Ja tu. Ja nie tam. Logika to mówi. Zmysły mówią co innego. No przecież widzę. Ja tam.
Może kto ma lusterko. Spytam. Zobaczę czy na pewno ja tu...
piątek
poniedziałek
Grzmi, burzy, dźwięki deszczu
W parapet. Najpierw słabo, potem mocno. Puka w blachę, puk, puk. Otwieram, żeby wpuścić. Świeży podmuch targa firanką. Owiewa łagodnie i trzeźwo. Pójdę się napić. Nalewam sobie wody. Za oknem deszcz na całego. Od stóp do głów przebiega dreszcz. Deszcz jeszcze bardziej. Od grzmotu jeszcze większy dreszcz. Składam rękę, puk, puk. Pukam w parapet z deszczem. Słabo, potem słabiej.
Burza odchodzi.
Burza odchodzi.
środa
Papież umiera
Dusza Świata się poruszyła. Na chwilę. Ledwo co. Ale od dawna zastygła w bezruchu, teraz jednak się poruszyła. Ludzie poczuli się we wspólnocie i zobaczyli, ze to wszystko czego im trzeba. Reszta jest nieważna. Tylko to. Nie wygoda i łatwe życie, ale każdy wysiłek jeśli prowadzi do poruszenia wspólnej duszy.
Targają mną emocje. Teraz juz mniejsze niż w niedzielę, poniedziałek, choć właściwie kulminacja dopiero przed nami. Przeżyłem uniesienie. Niestety nie jako uczestnik, bo byłem daleko, ale jako widz. A to mało. Trzeba być uczestnikiem. Nawet jeśli się nie ma przekonania. Nawet jeśli nie bardzo wiadomo, po co to wszystko. Uczestnictwo i wysiłek jaki się w nie wkłada, zawsze przynosi owoce, satysfakcję. Teraz jestem mniej rozemocjonowany. Teraz juz myślę. Ale myśl mnie zabija. Zaczynam widzieć przyszłość i wiem, ze te uniesienia zaraz się skończą, ludzie pojada do domu i będzie tak samo. Nie powinienem tak myśleć, bo to bez znaczenia. Powinienem czerpać z tej chwili, tak rzadkiej, z tej wspólnoty, tak tymczasowej i nie zastanawiać się nad tym co będzie, ale uczestniczyć w tym co jest. To przyszły najsilniejsze i najbardziej szlachetne emocje w ludzkim życiu, poczucie wspólnoty, współczucia, empatii. Tak ich mało.
Jestem zdziwiony reakcja Świata. Zaskoczony tym jak to teraz wygląda codzienność. Telewizja bez reklam, mocny pozytywny przekaz, ludzie blisko siebie. Choć właściwie nie powinienem się dziwić. To takie ludzkie. Takie proste. Jechałem w poniedziałek samochodem, wracałem z Radomia, słuchałem radia. Wzruszałem się okropnie tymi wszystkimi historiami. I wzrastał we mnie szacunek dla Tego starego człowieka, który daje świadectwo. Wielki szacunek. Nie bardzo byłem przekonany do tego cierpienia na pokaz, gdy nie mógł się poruszać, gdy nie mógł mówić, nie byłem, nie do końca, a teraz widzę, że układa się to we wspaniałą całość. Zobaczyłem to, gdy już umarł, po wszystkich tych medycznych, naturalistycznych doniesieniach, że niewydolność, że zawal, że kłopoty z oddychaniem, że śmierć. Myślałem, że to już koniec, że ta piękna lekcja życia i umierania jest skończona. Aż nagle zobaczyłem go leżącego na katafalku w sali. Przeraziłem się jaki jest zmieniony i przekonałem, że to nie koniec, że katecheza trwa, że on ciągle pokazuje najprostsze i najważniejsze prawdy. Przerażające i wspaniale. Wzbudzające we mnie najwyższy respekt. Być może to tylko na chwile codzienność się zmieniła, zaraz wszystko będzie jak dawniej. Ale wiem, ze takie emocje nie zostają bez śladu. Coś zostanie. Cokolwiek się zmieni. Jakaś rysa powstała. A dusza zawsze pamięta.
A jednak jestem teraz zdystansowany. Za dużo tych emocji. Za łatwe one. Z sympatii i szacunku do człowieka, a nie do idei. Mam mieszane uczucia. Nie wiem czy słuszna ta nieufność. No cóż. Przeczekam. Poszukam po swojemu. Wkrótce jedziemy do benedyktynów tynieckich, na trzy dni medytacji chrześcijańskich. Może tam cos zostanie znalezione. Szukam stale.
A jednak było intensywnie i emocjonalnie. Wzruszająco. A jednak powstaje zaczątek wspólnoty. I choć ta wspólnota nigdy nie może powstać do końca, to pozostaje wspomnienie tego początku, przeczucie, że coś tam jest, to co łączy ludzi i daje im siły ponad ludzkie siły. Jak już się wydarzy, jak się to poczuje to dla tego wspomnienia warto próbować ciągle od nowa. Owo wspomnienie daje nadzieję, że można dojść tam, gdzie życie jest piękne i proste, szczęśliwe i pogodne. Na tym polega być może wszelka religijność, odczucie Boga, bycie we wspólnocie. "Bo gdzie dwóch zbierze się w imię moje i ja będę pośród nich".
Ostatnie dni daja nadzieję wielu. Stąd tłumnie się zbierają w jednym wysiłku i skupieniu. Trudno to wysłowić, więc padają jakieś komunały o tym jaki papież był wielki, wspaniały, ile dla nas zrobił i robi. Ale ludzie zbierają się nie dla niego, ale dla siebie. Sobie chcemy pomóc, sobie zapewnić spokój, bo to my cierpimy. A wspólnota daje nam siły ponadludzkie, ponadindywidualne. To egoistyczne zapewne, ale ostatecznie wszystko to robimy dla siebie, nawet jeśli na pozór wydaje się, że dla innych. Modlitwa za papieża jest modlitwą za siebie, bo nam daje spokój i ukojenie, bo o nasza dusze chodzi w końcu, bo siebie chcemy zbawić, o swoje szczęście i spokój zabiegać.
Szukam klucza do tego wszystkiego, ale zaczynam podejrzewać, że żadnego nie ma. I nie ma ukojenia tego bólu, o którym wiesz, który jest z tobą. Jest tylko wieczne staranie i dążenie. I wieczna niepewność, czy aby dostatecznie dużo się zrobiło, czy nie można więcej z siebie dać, żeby dalej zajść. Słowem jak w życiu. Jak w każdym elemencie życia ludzkiego. Czemu zresztą z bogiem miałoby by być inaczej. Może tylko motywacja bywa tu większa, bo i stawka jest ostateczna.
Targają mną emocje. Teraz juz mniejsze niż w niedzielę, poniedziałek, choć właściwie kulminacja dopiero przed nami. Przeżyłem uniesienie. Niestety nie jako uczestnik, bo byłem daleko, ale jako widz. A to mało. Trzeba być uczestnikiem. Nawet jeśli się nie ma przekonania. Nawet jeśli nie bardzo wiadomo, po co to wszystko. Uczestnictwo i wysiłek jaki się w nie wkłada, zawsze przynosi owoce, satysfakcję. Teraz jestem mniej rozemocjonowany. Teraz juz myślę. Ale myśl mnie zabija. Zaczynam widzieć przyszłość i wiem, ze te uniesienia zaraz się skończą, ludzie pojada do domu i będzie tak samo. Nie powinienem tak myśleć, bo to bez znaczenia. Powinienem czerpać z tej chwili, tak rzadkiej, z tej wspólnoty, tak tymczasowej i nie zastanawiać się nad tym co będzie, ale uczestniczyć w tym co jest. To przyszły najsilniejsze i najbardziej szlachetne emocje w ludzkim życiu, poczucie wspólnoty, współczucia, empatii. Tak ich mało.
Jestem zdziwiony reakcja Świata. Zaskoczony tym jak to teraz wygląda codzienność. Telewizja bez reklam, mocny pozytywny przekaz, ludzie blisko siebie. Choć właściwie nie powinienem się dziwić. To takie ludzkie. Takie proste. Jechałem w poniedziałek samochodem, wracałem z Radomia, słuchałem radia. Wzruszałem się okropnie tymi wszystkimi historiami. I wzrastał we mnie szacunek dla Tego starego człowieka, który daje świadectwo. Wielki szacunek. Nie bardzo byłem przekonany do tego cierpienia na pokaz, gdy nie mógł się poruszać, gdy nie mógł mówić, nie byłem, nie do końca, a teraz widzę, że układa się to we wspaniałą całość. Zobaczyłem to, gdy już umarł, po wszystkich tych medycznych, naturalistycznych doniesieniach, że niewydolność, że zawal, że kłopoty z oddychaniem, że śmierć. Myślałem, że to już koniec, że ta piękna lekcja życia i umierania jest skończona. Aż nagle zobaczyłem go leżącego na katafalku w sali. Przeraziłem się jaki jest zmieniony i przekonałem, że to nie koniec, że katecheza trwa, że on ciągle pokazuje najprostsze i najważniejsze prawdy. Przerażające i wspaniale. Wzbudzające we mnie najwyższy respekt. Być może to tylko na chwile codzienność się zmieniła, zaraz wszystko będzie jak dawniej. Ale wiem, ze takie emocje nie zostają bez śladu. Coś zostanie. Cokolwiek się zmieni. Jakaś rysa powstała. A dusza zawsze pamięta.
A jednak jestem teraz zdystansowany. Za dużo tych emocji. Za łatwe one. Z sympatii i szacunku do człowieka, a nie do idei. Mam mieszane uczucia. Nie wiem czy słuszna ta nieufność. No cóż. Przeczekam. Poszukam po swojemu. Wkrótce jedziemy do benedyktynów tynieckich, na trzy dni medytacji chrześcijańskich. Może tam cos zostanie znalezione. Szukam stale.
A jednak było intensywnie i emocjonalnie. Wzruszająco. A jednak powstaje zaczątek wspólnoty. I choć ta wspólnota nigdy nie może powstać do końca, to pozostaje wspomnienie tego początku, przeczucie, że coś tam jest, to co łączy ludzi i daje im siły ponad ludzkie siły. Jak już się wydarzy, jak się to poczuje to dla tego wspomnienia warto próbować ciągle od nowa. Owo wspomnienie daje nadzieję, że można dojść tam, gdzie życie jest piękne i proste, szczęśliwe i pogodne. Na tym polega być może wszelka religijność, odczucie Boga, bycie we wspólnocie. "Bo gdzie dwóch zbierze się w imię moje i ja będę pośród nich".
Ostatnie dni daja nadzieję wielu. Stąd tłumnie się zbierają w jednym wysiłku i skupieniu. Trudno to wysłowić, więc padają jakieś komunały o tym jaki papież był wielki, wspaniały, ile dla nas zrobił i robi. Ale ludzie zbierają się nie dla niego, ale dla siebie. Sobie chcemy pomóc, sobie zapewnić spokój, bo to my cierpimy. A wspólnota daje nam siły ponadludzkie, ponadindywidualne. To egoistyczne zapewne, ale ostatecznie wszystko to robimy dla siebie, nawet jeśli na pozór wydaje się, że dla innych. Modlitwa za papieża jest modlitwą za siebie, bo nam daje spokój i ukojenie, bo o nasza dusze chodzi w końcu, bo siebie chcemy zbawić, o swoje szczęście i spokój zabiegać.
Szukam klucza do tego wszystkiego, ale zaczynam podejrzewać, że żadnego nie ma. I nie ma ukojenia tego bólu, o którym wiesz, który jest z tobą. Jest tylko wieczne staranie i dążenie. I wieczna niepewność, czy aby dostatecznie dużo się zrobiło, czy nie można więcej z siebie dać, żeby dalej zajść. Słowem jak w życiu. Jak w każdym elemencie życia ludzkiego. Czemu zresztą z bogiem miałoby by być inaczej. Może tylko motywacja bywa tu większa, bo i stawka jest ostateczna.
czwartek
Dziury w asfalcie
- I powiedz mi jedną rzecz.
- Hmm.
- Jak to jest możliwe, że są dziury w jezdni, a nie ma ani kawałka asfaltu.
- Co?
- No tak. Jadę dzisiaj samochodem - ten znajomy mnie podwoził. Widzę, dziura na drodze. Mówię mu, żeby uważał. No i w porządku. Kawał asfaltu wywalony z ulicy, taki dobre z pół na pół metra. Spod spodu wystaje stara kostka. Odlepiło się gówno, czy co. Słabe lepiszcze - nie wiem. Ale gdzie jest ten kawał asfaltu, gdzie się podział.
- No i gdzie?
- No właśnie nie wiadomo. Dziwne, nie. Skoro się oberwało, no ok. Skandal, itd., ale ok. Stało się. Spieprzona robota. Ale gdzie on jest?
- No gdzie?
- No właśnie nie ma. Nic. Nie ma całego fragmentu. Nie ma nawet mniejszych kawałków. Nic literalnie. Nic, a nic. Na drodze, koło drogi. Dziwne, nie. No przecież nie wyparował ten beton, ten asfalt. Nie rozpłynął się. Raczej nikt nie pozbierał, do domu nie zabrał, nie. No to co się z nim stało? Co?
- ...
- I nikt nie wie, rozumiesz. Kogo pytam, to nikt nie wie. Nikogo to nawet nie dziwi.
- A Ciebie dziwi.
- A mnie dziwi. Ale też nie wiem gdzie.
Odchodzę. Idę szukać tych dziur i tego dziwnego braku na ulicach miasta, którego nikt nie potrafi objaśnić. Takie to dziwne miasto. Ja przynajmniej próbuję opisać.
- Hmm.
- Jak to jest możliwe, że są dziury w jezdni, a nie ma ani kawałka asfaltu.
- Co?
- No tak. Jadę dzisiaj samochodem - ten znajomy mnie podwoził. Widzę, dziura na drodze. Mówię mu, żeby uważał. No i w porządku. Kawał asfaltu wywalony z ulicy, taki dobre z pół na pół metra. Spod spodu wystaje stara kostka. Odlepiło się gówno, czy co. Słabe lepiszcze - nie wiem. Ale gdzie jest ten kawał asfaltu, gdzie się podział.
- No i gdzie?
- No właśnie nie wiadomo. Dziwne, nie. Skoro się oberwało, no ok. Skandal, itd., ale ok. Stało się. Spieprzona robota. Ale gdzie on jest?
- No gdzie?
- No właśnie nie ma. Nic. Nie ma całego fragmentu. Nie ma nawet mniejszych kawałków. Nic literalnie. Nic, a nic. Na drodze, koło drogi. Dziwne, nie. No przecież nie wyparował ten beton, ten asfalt. Nie rozpłynął się. Raczej nikt nie pozbierał, do domu nie zabrał, nie. No to co się z nim stało? Co?
- ...
- I nikt nie wie, rozumiesz. Kogo pytam, to nikt nie wie. Nikogo to nawet nie dziwi.
- A Ciebie dziwi.
- A mnie dziwi. Ale też nie wiem gdzie.
Odchodzę. Idę szukać tych dziur i tego dziwnego braku na ulicach miasta, którego nikt nie potrafi objaśnić. Takie to dziwne miasto. Ja przynajmniej próbuję opisać.
niedziela
Co 15 lat umieram...
I znowu żyję innym życiem. Kolejny raz. Który to już? Piąty?
--------------------------------------------------------
Piąty
Jest dom. Może niewymarzony. Ale jest. Wygodny i ciepły. Jakiś ostatnio bliższy. Jest Ania. Też ciepła, choć czasem cierpka. Jest Pan Bojek - Jan, czyli mnóstwo radości, czułego dotyku, rozanielenia. Jesteśmy tylko we trójkę i znowu czegoś brak - towarzystwa przyjaciół, rozmowy, sporu. Ale brak jest nieodłączną cechą mojego życia, każdego z moich żyć. Na imię mu Nienasycenie. Jednak i to życie, jak każde poprzednie, a może nawet bardziej, będę wspominał z rozrzewnieniem, jestem tego pewien. Teraz tego nie wiem jeszcze dostatecznie jasno, wiem to nie dość wyraźnie. Kiedyś, niedługo, będzie inaczej. Niedługo będę tego pewien...
A kończy się zawsze niezauważalnie i niewyraźnie. Poprzednie życie znika i w końcu widać, że to co minęło już nie ma żadnego związku przyczynowego z teraźniejszością, a ty stałeś się kim innym i wszystko co cię z tamtym sobą/tobą łączy, to wspomnienia, coraz mniej i mniej wyraźne. Teraz już nie wiem kiedy to piąte życie się zaczęło, nie potrafię wskazać żadnego wyraźnego punktu początku, tak jak nie potrafiłem w żadnym poprzednim. W życiu zresztą wszystko jest niewyraźne. Ktoś tam dziś mówił w telewizji, że człowiek przeżywa dwa życia - to młodzieńcze i to dorosłe i czymś tam się od siebie różnią. To nieprawda, bo ja przeżywam już co najmniej piąte życie i nie ma to żadnego związku z wiekiem, raczej z czasem i sekwencją zdarzeń.
--------------------------------------------------------
Dzisiaj Rafał* to już przeszłość...
Sam się dziwię, że to w końcu napisałem. Ale to prawda i po co się jeszcze oszukiwać w sferze werbalnej, skoro uczucia już od jakiegoś czasu wiedzą swoje. To już ma dla mnie znaczenie wyłącznie sentymentalne, bo wydarzyło się w innym życiu. W tamtym życiu byłem piękny i młody, byłem na studiach, byłem rozszarpywany emocjami, a czasem nadziejami. Wiele się działo i jeszcze więcej się nie zdarzyło, czego potem, po czasie oczywiście, żałowałem. Wtedy miałem przyjaciół i mimo wszystko, mimo, że wówczas sądziłem, iż jesteśmy zbyt nijacy i letni, że to wszystko za krótko, za słabo, za mało intensywnie, jednak, mimo to było we mnie mnóstwo zapału, żarliwości, przesadnych emocji. Żyło się. Tamten świat przeminął. Umarłem. Przekonały mnie o tym ostatecznie "9 uroczystości Rafałowe". Na mszy zamówionej u dominikanów byłem sam i było mi trochę smutno, choć to rozumiem i właściwie wiedziałem o tym wcześniej, niż ktokolwiek zechciał przyznać, że tak właśnie będzie. Czas płynie i rozmywa przeszłość. Nie mam do nikogo o to żalu. Każdy najwyraźniej, tak jak ja, żyje już innym życiem, a tamta historia to opowieść z zaświatów. Mój smutek tego wieczora wypływał raczej z nieuchronności życiowych kolei, niż z pretensji. Powiedziałem sobie głośno, że i ja umarłem. Wszyscyśmy pomarli. I żyjemy już inni.
-------------------------------------------------------
Początek - Glinice, Radom
Tak odległe wspomnienia trudno nawet przywołać, a co do dopiero o nich pisać, czyli rozdrabniać na kawałki, oglądać z bliska każdy szczegół i sytuację. Co z tego jest prawdą, a co zmyśleniem - tworem mojej zbyt wątłej wyobraźni? Tylko w owej wątłości nadzieja - w owym braku umiejętności zmyślania, a więc i w tym, że owe obrazy i sytuacje (w najdalszych wspomnieniach w ogóle brak słów i dźwięków - ta przeszłość jest niema) mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, że się w ogóle zdarzyły. Gdyby moja wyobraźnia była mocna i wyrafinowana, gdybym potrafił cudownie zmyślać, nie wierzyłbym w cokolwiek, co wydaje mi się, że pamiętam z moich najdalszych wspomnień. Wtedy na pewno byłaby to bujda. Choć i tak, nawet w mojej ułomności, zmyśleniu/niezmyśleniu, zapamiętanego jest tak niewiele i jest to tak pokawałkowane... Nie wierzę rozmaitym wspomnieniom, rozmaitych ludzi, którzy zapełniają autobiografie całymi tomami detalicznych wspomnień swojego dzieciństwa - co było powiedziane w takiej, a takiej sytuacji, jak ubierała się kuzynka tego, a tamtego, no i jaka wtedy była pogoda. To niemożliwe. Pamięć ludzka tak nie działa. Czas tak nie działa. Człowiek nie pamięta i wtedy człowiek zmyśla. W dobrej wierze oczywiście.
To inne życia. Odległe.
Ale odkładam to teraz. Jeszcze nie czas wspominać życia. Jeszcze nie pora zmagać się ze szczegółami. Może nigdy nie będzie na to czasu. Może i lepiej.
--------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------
Piąty
Jest dom. Może niewymarzony. Ale jest. Wygodny i ciepły. Jakiś ostatnio bliższy. Jest Ania. Też ciepła, choć czasem cierpka. Jest Pan Bojek - Jan, czyli mnóstwo radości, czułego dotyku, rozanielenia. Jesteśmy tylko we trójkę i znowu czegoś brak - towarzystwa przyjaciół, rozmowy, sporu. Ale brak jest nieodłączną cechą mojego życia, każdego z moich żyć. Na imię mu Nienasycenie. Jednak i to życie, jak każde poprzednie, a może nawet bardziej, będę wspominał z rozrzewnieniem, jestem tego pewien. Teraz tego nie wiem jeszcze dostatecznie jasno, wiem to nie dość wyraźnie. Kiedyś, niedługo, będzie inaczej. Niedługo będę tego pewien...
A kończy się zawsze niezauważalnie i niewyraźnie. Poprzednie życie znika i w końcu widać, że to co minęło już nie ma żadnego związku przyczynowego z teraźniejszością, a ty stałeś się kim innym i wszystko co cię z tamtym sobą/tobą łączy, to wspomnienia, coraz mniej i mniej wyraźne. Teraz już nie wiem kiedy to piąte życie się zaczęło, nie potrafię wskazać żadnego wyraźnego punktu początku, tak jak nie potrafiłem w żadnym poprzednim. W życiu zresztą wszystko jest niewyraźne. Ktoś tam dziś mówił w telewizji, że człowiek przeżywa dwa życia - to młodzieńcze i to dorosłe i czymś tam się od siebie różnią. To nieprawda, bo ja przeżywam już co najmniej piąte życie i nie ma to żadnego związku z wiekiem, raczej z czasem i sekwencją zdarzeń.
--------------------------------------------------------
Dzisiaj Rafał* to już przeszłość...
Sam się dziwię, że to w końcu napisałem. Ale to prawda i po co się jeszcze oszukiwać w sferze werbalnej, skoro uczucia już od jakiegoś czasu wiedzą swoje. To już ma dla mnie znaczenie wyłącznie sentymentalne, bo wydarzyło się w innym życiu. W tamtym życiu byłem piękny i młody, byłem na studiach, byłem rozszarpywany emocjami, a czasem nadziejami. Wiele się działo i jeszcze więcej się nie zdarzyło, czego potem, po czasie oczywiście, żałowałem. Wtedy miałem przyjaciół i mimo wszystko, mimo, że wówczas sądziłem, iż jesteśmy zbyt nijacy i letni, że to wszystko za krótko, za słabo, za mało intensywnie, jednak, mimo to było we mnie mnóstwo zapału, żarliwości, przesadnych emocji. Żyło się. Tamten świat przeminął. Umarłem. Przekonały mnie o tym ostatecznie "9 uroczystości Rafałowe". Na mszy zamówionej u dominikanów byłem sam i było mi trochę smutno, choć to rozumiem i właściwie wiedziałem o tym wcześniej, niż ktokolwiek zechciał przyznać, że tak właśnie będzie. Czas płynie i rozmywa przeszłość. Nie mam do nikogo o to żalu. Każdy najwyraźniej, tak jak ja, żyje już innym życiem, a tamta historia to opowieść z zaświatów. Mój smutek tego wieczora wypływał raczej z nieuchronności życiowych kolei, niż z pretensji. Powiedziałem sobie głośno, że i ja umarłem. Wszyscyśmy pomarli. I żyjemy już inni.
-------------------------------------------------------
Początek - Glinice, Radom
Taksówka toczy się powoli Tadeuszowską, Kościelną, Odrodzenia. Sine, późnozimowe ulice i przedpołudnie. Trochę śniegu. Przecieram dłonią zaparowaną szybę, żeby dostrzec więcej. Znam te miejsca i nie znam zarazem. Zmieniło się. Trochę nowych domów, jakieś dobudówki poprzyklejane do starych - typowa zabudowa ubogich podmiejskich ulic wszędzie w Polsce na ścianie wschodniej i tu w Radomiu też. Ale to nie przez to, że się pozmieniało, nie poznaję tych miejsc. To nie przez to. Wiem, że tu byłem. Nie pamiętam kiedy. Już bardziej co, wtedy tu robiłem, ale też niewyraźnie. Wszystko jest trochę obce, a trochę też znane. Odpychające i pociągające. Jakby ze snu. Przypominają się jakieś detale i nie wiem czy się na pewno przypominają, czy się śniły. Mógłbym powiedzieć, że tu żyłem i mógłbym powiedzieć, że nigdy mnie tu nie było. I to, i to dziś będzie prawdą.
Teraz przejeżdżam koło mojej szkoły. Długi, szary budynek jakich wiele z lat 70-tych. Podobny? Taki sam. Ale jak na niego patrzę, to już nie potrafię sobie przypomnieć co jest za frontowymi drzwiami, co bym tam zobaczył, gdybym teraz wszedł, gdzie musiałbym pójść, żeby trafić na wu-ef albo do stołówki. Nie znam rozkładu tego budynku, skąd zatem myśl, że kiedyś tam byłem.
Tak odległe wspomnienia trudno nawet przywołać, a co do dopiero o nich pisać, czyli rozdrabniać na kawałki, oglądać z bliska każdy szczegół i sytuację. Co z tego jest prawdą, a co zmyśleniem - tworem mojej zbyt wątłej wyobraźni? Tylko w owej wątłości nadzieja - w owym braku umiejętności zmyślania, a więc i w tym, że owe obrazy i sytuacje (w najdalszych wspomnieniach w ogóle brak słów i dźwięków - ta przeszłość jest niema) mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, że się w ogóle zdarzyły. Gdyby moja wyobraźnia była mocna i wyrafinowana, gdybym potrafił cudownie zmyślać, nie wierzyłbym w cokolwiek, co wydaje mi się, że pamiętam z moich najdalszych wspomnień. Wtedy na pewno byłaby to bujda. Choć i tak, nawet w mojej ułomności, zmyśleniu/niezmyśleniu, zapamiętanego jest tak niewiele i jest to tak pokawałkowane... Nie wierzę rozmaitym wspomnieniom, rozmaitych ludzi, którzy zapełniają autobiografie całymi tomami detalicznych wspomnień swojego dzieciństwa - co było powiedziane w takiej, a takiej sytuacji, jak ubierała się kuzynka tego, a tamtego, no i jaka wtedy była pogoda. To niemożliwe. Pamięć ludzka tak nie działa. Czas tak nie działa. Człowiek nie pamięta i wtedy człowiek zmyśla. W dobrej wierze oczywiście.
To inne życia. Odległe.
Ale odkładam to teraz. Jeszcze nie czas wspominać życia. Jeszcze nie pora zmagać się ze szczegółami. Może nigdy nie będzie na to czasu. Może i lepiej.
--------------------------------------------------------
* - Skąd ty tu?
Aż mnie cofnęło o krok. Przecież on nie żyje. Skąd więc...
Siedzi pod drugą ścianą korytarza oparty nogami o pierwszą. Gapi się przed siebie.
- A nic. Pogadać. Trochę mi się nudzi. Przecież umieliśmy gadać. A przynajmniej chcieliśmy się uczyć.
- No tak, ale skąd...
- Cholera, nie chcesz wszystkiego wiedzieć. Mówię ci. Na pewno nie. - milknie na chwilę, poirytowany. - I tego też nie chcesz. Pogadamy i już. No oczywiście, jeśli chcesz. - Obejmuje dłońmi głowę. - Co za nonsens - szepce.
A mnie mrówki chodzą po grzbiecie.
- Jest trochę inaczej. No, niż myślałem, że będzie. Pamiętam wszystko z tamtego życia. Z twojego teraz też. - mówi.
poniedziałek
Żyję obok miasta
Jak pisać o mieście żyjąc obok niego, przemykając się bocznymi uliczkami.
Już od dawna nie mieszkam w mieście, to znaczy nie żyję miejskim życiem. Owszem, znajdując dom, w którym mieszkam, na mapie, mogę powiedzieć, że jednak to miasto, bez wątpliwości, ale to nieprawda. Żeby faktycznie być z miasta, trzeba je przemierzać dzień w dzień, patrząc na architekturę i ludzi zaganianych, spieszących donikąd. Stać w upale w korku, oglądać książkę na wystawie księgarni i parę butów w obuwniczym. Trzeba dać się doprowadzać miastu do furii, w popołudniomy korku i do ekstazy w ciepła lipcową noc. Trzeba w nim zostawiać swoje codzienne emocje.
Dla mnie natomiast miasto emocję odświętne, to atrakcja, cyrk kuglarzy. Gdy niekiedy jadę trawajem, pożeram oczami mijany krajobraz, jakbym go pierwszy raz w życiu właśnie zobaczył. Z ciekawścią, a nie niechęcią obserwuję ludzi i sytuacje. Tak nie zachowuje się mieszczuch. Tak robi ktoś z zewnątrz, ktoś obcy.
Ja już nie jestem ani z miasta, ani spoza miasta. Ja już nie jestem skądkolwiek.
niedziela
Skoczyłbym
Przystanąłem na moście. Most był wysoki. Daleko w dole leniwa, stara rzeka. Płynęły właśnie jakieś patyki. A może belki. Przeszedł mnie dreszcz. Patrzyłem daleko na oba brzegi i kominy po drugiej stronie. Jakaś fabryka, czy elektrownia. Wiatr chlastał po twarzy i szarpał nogawki.
Zawsze, ale to zawsze, najbardziej zimą, gdy woda zimna, lodowata, nieprzyjemna, nachodziła mnie tu uporczywa myśl. Żeby skoczyć. Po prostu. Nie żeby się zaraz topić, bo po co, ale ta lodowata woda na ciele, ubranie lepkie i ciągnące w dół, na dno. Lodowata ciemność. Podejść, przeskoczyć i skoczyć.
- Zawsze tak mam.
Przyjaciel stał obok.
- No wiem. Skoczyłbyś.
Chwilę milczę, myśląc.
- Przynajmniej zegarek bym wrzucił. Albo coś.
Opieram się plecami o kamienną barierę. Twardo. Patrze teraz na samochody.
- Dziwny jesteś.
- Tak. A ty?
Zawsze, ale to zawsze, najbardziej zimą, gdy woda zimna, lodowata, nieprzyjemna, nachodziła mnie tu uporczywa myśl. Żeby skoczyć. Po prostu. Nie żeby się zaraz topić, bo po co, ale ta lodowata woda na ciele, ubranie lepkie i ciągnące w dół, na dno. Lodowata ciemność. Podejść, przeskoczyć i skoczyć.
- Zawsze tak mam.
Przyjaciel stał obok.
- No wiem. Skoczyłbyś.
Chwilę milczę, myśląc.
- Przynajmniej zegarek bym wrzucił. Albo coś.
Opieram się plecami o kamienną barierę. Twardo. Patrze teraz na samochody.
- Dziwny jesteś.
- Tak. A ty?
Subskrybuj:
Posty (Atom)